Każda nasza historia zaczyna się od spakowania plecaków...

Dzień po wejściu na Śnieżkę zimą – spacer na Karpatkę i regeneracja w Karpaczu

Śnieżka zimą widziana z Karpacza. Dzień wcześniej staliśmy tam na szczycie, a dziś możemy już tylko spojrzeć w tamtą stronę i przypomnieć sobie wiatr oraz zmęczone nogi.

Po wczorajszym wejściu na Śnieżkę przyszedł czas na coś, co w teorii nazywa się dniem regeneracyjnym. W praktyce wyglądało to tak, że obudziliśmy się rano z łydkami przypominającymi dwa betonowe słupy.

Każdy krok bolał.

Schodzenie po schodach w miejscu noclegowym wyglądało jak pokaz specjalny pod tytułem „połączenie paralityka z inwalidą w jednym”. Z zewnątrz musiało to wyglądać naprawdę komicznie, ale wtedy jeszcze nie było nam do śmiechu. Już po kilku minutach wiedzieliśmy jedno – ten dzień będzie stał pod znakiem słowa „ała”.

Po zimowym wejściu na najwyższy szczyt Karkonoszy regeneracja była konieczna. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądał poprzedni dzień i nasza walka z pogodą na szczycie, opisaliśmy to dokładnie tutaj: Śnieżka zimą – Nasze pierwsze zimowe wejście na Śnieżkę

Z drugiej strony siedzenie cały dzień w pokoju też nie było opcją. Postanowiliśmy więc zrobić coś bardzo ambitnego jak na nasze możliwości tego dnia.

Wybrać się na… Karpatkę.

Karpatka w Karpaczu – spacer idealny po górskiej wyprawie

Trzeba tu uczciwie powiedzieć jedną rzecz. Karpatka to nie jest góra. To jest raczej bardzo sympatyczny pagórek w centrum Karpacza.

Ale w stanie, w jakim znajdowały się nasze łydki po zejściu ze Śnieżki, nawet pagórek zaczynał brzmieć jak wyprawa wysokogórska.

Plan był prosty, lekki spacer, trochę ruchu i trochę świeżego powietrza po intensywnym dniu w Karkonoszach.

Jak zawsze zaczęliśmy od naszej małej tradycji.

Spakowania plecaków.

Tak, nawet na spacer na pagórek potrafimy wyjść z plecakami. To już chyba nawyk, którego nie da się wyłączyć. Człowiek jedzie w góry i nagle bez plecaka czuje się jakby zapomniał spodni.

Ruszyliśmy więc pieszo z miejsca noclegowego w stronę centrum Karpacza.

I tu zaczęła się pierwsza przygoda dnia.

Panorama Karkonoszy widziana z Karpacza
Panorama Karkonoszy z Karpacza

Krupówkowicze – czyli miejska dżungla Karpacza

Karpacz potrafi być pięknym miejscem, ale centrum miasta ma jeden drobny problem.

Tłumy.

My nazywamy tych ludzi roboczo krupówkowiczami. To taki gatunek turysty miejskiego, który potrafi przejść trzy kilometry po deptaku, zrobić czterdzieści selfie i uznać dzień za udany.

Przedzieraliśmy się przez centrum mijając po drodze jakieś sto trzy i pół Żabki, stragany, sklepy z pamiątkami i ludzi spacerujących w każdą możliwą stronę.

Kilka razy prawie zostaliśmy potrąceni, raz niemal podeptani, a raz ktoś zatrzymał się dokładnie przed nami, żeby zrobić zdjęcie budce z goframi.

W takich momentach człowiek szybko przypomina sobie, dlaczego tak dobrze czuje się na górskich szlakach. Tam przynajmniej jeśli ktoś stoi na środku drogi, to dlatego że patrzy na góry, a nie dlatego że próbuje zrobić idealne zdjęcie kubka z kawą.

Początek szlaku na Karpatkę

Po minięciu kolejnego wyciągu w końcu pojawiło się coś, co wyglądało jak początek szlaku na Karpatkę.

I nagle wszystko się zmieniło.

Zamiast betonu pojawiła się ziemia.
Zamiast straganów – drzewa.
Zamiast tłumu – cisza.

I co najważniejsze – zniknęli krupówkowicze.

To był moment, w którym nasze nogi mimo bólu poczuły się trochę lepiej. Nawet jeśli każdy krok przypominał wczorajszą drogę ze Śnieżki, to przynajmniej byliśmy z powrotem w normalnym świecie górskich ścieżek.

Panorama na Śnieżkę i Karkonosze

Na Karpatce czekała bardzo przyjemna niespodzianka – panorama na okoliczne góry.

Najważniejszy punkt widokowy był jednak oczywisty.

Śnieżka.

Stała sobie spokojnie w oddali, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło. A my mogliśmy pokazać palcem w jej stronę i powiedzieć coś w stylu:

tam wczoraj byliśmy.

Po zimowym wejściu na Śnieżkę taki moment daje sporą satysfakcję. Wczoraj była walka z wiatrem i zmęczeniem, a dziś można było spokojnie spojrzeć na ten sam szczyt z zupełnie innej perspektywy.

Panorama Karkonoszy z Karpatki w Karpaczu
Widok na Karkonosze z Karpatki

Zapora na Łomnicy – ładne miejsce w Karpaczu

Z Karpatki zeszliśmy szlakiem w stronę zapory na Łomnicy.

Muszę przyznać, że to zejście było naprawdę bardzo przyjemne. Ścieżka prowadziła wśród dużych głazów i wyglądała jak coś pomiędzy górskim szlakiem a naturalnym kamiennym ogrodem.

Sama zapora na Łomnicy to bardzo ciekawy obiekt i jedno z charakterystycznych miejsc w Karpaczu.

Jest tylko jeden drobny szczegół.

Krupówkowicze.

Atak krupówkowiczów na zaporę

Na zaporze sytuacja wyglądała mniej więcej tak, jak można się było spodziewać.

Tłum.

Selfie.

Jeszcze więcej selfie.

Ludzie zatrzymujący się dokładnie na środku przejścia, żeby zrobić zdjęcie, inni stojący w poprzek ścieżki, jeszcze inni cofający się bez patrzenia, bo akurat wyszedł im idealny kadr z górami w tle.

My w tym czasie próbowaliśmy po prostu przejść na drugą stronę zapory.

Niestety wśród krupówkowiczów obowiązuje trochę inna logika ruchu niż na szlaku. Na górskiej ścieżce ludzie zazwyczaj ustępują sobie miejsca. Tutaj raczej panuje zasada: kto pierwszy zatrzyma się na środku, ten wygrywa.

Po kilku minutach uznaliśmy, że to nie ma sensu i trzeba się ewakuować.

Mostek nad potokiem i chwila ciszy

Na szczęście kawałek dalej znowu zrobiło się spokojniej.

Po drodze trafiliśmy na bardzo ładny uskok wodny i niewielki mostek nad potokiem. Idealne miejsce na chwilę odpoczynku.

Usiedliśmy na moment, posłuchaliśmy szumu wody i przez kilka minut nikt nas nie potrącił, nie zrobił selfie nad głową ani nie zapytał gdzie tu jest najbliższa budka z oscypkami.

Po wczorajszym dniu taka chwila ciszy była naprawdę potrzebna.

Potok Łomnica w Karpaczu przy zaporze na Łomnicy
Mostek nad Łomnicą

Powrót do Karpacza i poszukiwanie rękawiczek

Wracając przez Karpacz uznaliśmy, że trzeba załatwić dwie ważne sprawy.

Pierwsza była oczywista.

Jedzenie.

Druga była trochę bardziej osobista.

Nowe rękawiczki.

Bo jedna para została dzień wcześniej… rozdzielona.

Lewa rękawiczka została ze mną.
Prawa zaginęła gdzieś na wysokości Samotni.

Być może nadal tam gdzieś leży, czekając na właściciela. A może już dawno znalazła nowego opiekuna.

Kto wie.

Może jeszcze kiedyś będzie mi dane wrócić w tamto miejsce i jej poszukać.

Może Ci się spodobać

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry