Każda nasza historia zaczyna się od spakowania plecaków...

Śnieżka zimą z Kopy – drugie podejście, whiteout i karkonoskie koty

Schronisko Samotnia w Karkonoszach zimą podczas mgły

To był nasz ostatni dzień w Karpaczu. Tego dnia planowaliśmy jeszcze jedno podejście na Śnieżkę zimą – tym razem od strony Kopy. Po czterech dniach chodzenia po górach, w tym po spacerze na Karpatkę w Karpaczu nogi jasno komunikowały, że kolejnego wejścia na Śnieżkę od dołu raczej nie przewidują.

A że człowiek jest istotą sprytną – albo przynajmniej tak mu się wydaje – wpadliśmy na pewien plan. Wjeżdżamy kolejką na Kopę, stamtąd podchodzimy na Śnieżkę, a potem spokojnie schodzimy na nogach w dół do Karpacza.

Plan prosty. Sprytny. A w teorii nawet całkiem rozsądny.

Problem był tylko jeden – Pani Śnieżka miała dla nas tego dnia przygotowany zupełnie inny scenariusz.


Taksówka pod kolejkę

Punkt startowy i końcowy tej operacji znajdował się w zupełnie innych miejscach, więc postanowiliśmy podjechać taksówką pod kolejkę.

5 minut jazdy – 50 zł.

Moje serce… a właściwie portfel… zakrwawiło po raz pierwszy tego dnia.

Bolt oczywiście niedostępny. Jak zwykle wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny.

Pogoda w Karkonoszach – klasyka gatunku

Dzień od rana nie wyglądał optymistycznie. Pogoda w Karkonoszach potrafi zmienić się błyskawicznie – przekonaliśmy się o tym już wcześniej podczas wejścia na Szrenicę zimą..

. Było szaro, zimno, w nocy padało, a prognoza zapowiadała kolejne opady.

Ale każdy, kto chodzi zimą po Karkonoszach, zna tę myśl, która pojawia się w głowie jeszcze przed wyjściem ze schroniska czy hotelu:

„W górach nie będzie padać. A nawet jeśli… to najwyżej śnieg.”

O naiwności.

Tak wyglądał nasz ostatni przypływ optymizmu przed wyjściem w stronę Śnieżki.


Kolejka na Kopę – poranek bez tłumów


O 8:30 meldujemy się przy kasach kolejki na Kopę. Przyszliśmy wcześniej, bo byliśmy przekonani, że przy tak popularnej atrakcji ludzi będzie dużo. W końcu wejście na Śnieżkę z Kopy to jeden z najczęściej wybieranych wariantów.

Okazało się jednak, że tłumów nie ma. Właściwie nie było nikogo. Wyglądało na to, że tylko my wpadliśmy na tak genialny pomysł przy takiej pogodzie.

W czasie oczekiwania na otwarcie kas pojawił się kot. Podszedł, zaczął się łasić i ocierać o nogi. Najprawdopodobniej analizował sytuację.

Wyglądało to mniej więcej tak:

„Skoro jesteście na tyle nierozsądni, żeby stać tu w taką pogodę… to może przynajmniej coś do jedzenia macie.”

Kotów w Karkonoszach jest zaskakująco dużo. Przy schroniskach, przy szlakach, czasem nawet wysoko w górach. I mam wrażenie, że wszystkie wiedzą o górach więcej niż turyści.


Bilety na kolejkę – plan B za 10 zł

O 9 kasa się otwiera. Kupujemy dwa bilety i portfel ponownie lekko krwawi.

Wzięliśmy opcję wjazd i zjazd kolejką na Kopę. Dlaczego? Bo wjazd kosztował 80 zł, a wjazd i zjazd 90 zł(za bilet). Za dodatkowe 10 zł dostajemy więc plan B, gdyby zejście z góry okazało się niemożliwe.

W górach taka opcja to całkiem rozsądne ubezpieczenie.

Ciekawostka – biletów na kolejkę na Kopę nie da się kupić online.


Wjazd kolejką na Kopę

Przed wjazdem ubraliśmy przeciwdeszczówki. Plan był prosty – wjechać do góry i jeszcze przez chwilę być suchym.

Widoki podczas jazdy? Dokładnie takie jak ostatnio.

Mgła. Deszcz. Mgła.

Po co właściwie my to sobie robimy?

Mgła.

Ale sama podróż kolejką była całkiem przyjemna.

Droga z stacji kolejki na kopie
Droga z stacji kolejki na kopie

Kopa – początek zimowej przygody

Po wyjściu na Kopę przywitało nas wszystko to, czego można się było spodziewać po zimowych Karkonoszach.

Mocny wiatr (zero zaskoczenia).
Gęsta mgła (no kto by się spodziewał).
Świeży śnieg (to była nowość).
I mały, wesoło biegający piesek, który wyglądał jakby pogoda w ogóle mu nie przeszkadzała.

Śladów prawie nie było. Wyglądało na to, że tego dnia byliśmy jednymi z pierwszych ludzi na szlaku prowadzącym na Śnieżkę.

Doszliśmy do Domu Śląskiego i tam postanowiliśmy przeczekać pogodę. Spędziliśmy w schronisku około godziny.

I powiem szczerze – uwielbiam klimat schronisk rano. Prawie nikogo nie ma, jest cisza, ciepło i można spokojnie napić się herbaty.

No i zjeść zupę pomidorową.

Przez większość czasu byliśmy tam tylko my i obsługa.

Pusta sala w schronisku Dom Śląski pod Śnieżką
Dom Śląski chwilę po otwarciu – zaskakująco pusto jak na jedno z najbardziej obleganych miejsc pod Śnieżką.

Podejście na Śnieżkę zimą – coraz mocniejszy wiatr

Po około godzinie pogoda… nie poprawiła się. Ale też się nie pogorszyła. A to w górach czasem wystarczy, żeby podjąć decyzję.

Więc zapadła klasyczna górska decyzja:

Idziemy.

Ruszyliśmy z Domu Śląskiego w stronę Śnieżki. To jeden z najkrótszych i najpopularniejszych szlaków prowadzących na szczyt.

Wiatr był wyraźnie mocniejszy niż podczas naszego pierwszego zimowego wejścia na Śnieżkę. Mgła również. Po chwili widoczność zrobiła się tak słaba, że można było spokojnie mówić o whiteoucie.

Po drodze mijaliśmy turystów z Czech. Bardzo lubię czeski język. Brzmi tak, jakby ktoś opowiadał dowcip, nawet gdy mówi coś zupełnie poważnego.

Z ich gestów i słów wynikało jedno – na górze wieje naprawdę bardzo mocno.

Zimowy szlak na Śnieżkę od Domu Śląskiego w Karkonoszach
Zimowy szlak na Śnieżkę od Domu Śląskiego w Karkonoszach

Moment decyzji

Postanowiliśmy podejść jeszcze kawałek. Wiatr jednak szybko pokazał, kto tu rządzi.

Jeden z podmuchów był tak mocny, że aż mnie zatrząsł. Morale trochę spadło, ale idziemy dalej.

Kolejne metry.

I nagle następny poryw.

Tym razem tak silny, że musiałem wbić kijki w śnieg, żeby się ustabilizować.

Panna Śnieżka dziś nie była w humorze…

Odwracam się i mówię:

– To nie ma sensu. Zawracamy.

Po reakcji widziałem, że takie było oczekiwanie. To ten moment, kiedy mimo gogli widzisz w oczach drugiej osoby coś w stylu „no nareszcie”.

Muszę przyznać, że przy tym drugim podmuchu… nawet mi się zrobiło trochę straszno.

Zimowy szlak ze Śnieżki w kierunku Domu Śląskiego podczas whiteoutu
Zimowy szlak ze Śnieżki w kierunku Domu Śląskiego podczas whiteoutu

Powrót przez zamieć

Schodziliśmy powoli, asekurując się kijkami. Droga przez równinę przy Domu Śląskim była kompletnie zawiana, a śnieg momentami sięgał powyżej kostek.

Każdy krok wymagał trochę więcej siły niż zwykle. Wiatr wciąż próbował nas przepchnąć w jedną albo drugą stronę, a ślady na szlaku znikały niemal tak szybko, jak się pojawiały.

Nasze kurtki i plecaki były już jednym wielkim kawałkiem lodu. Na kapturach i zamkach zbierał się zamarznięty śnieg.

Mimo wszystko zejście w dół zawsze daje trochę ulgi. Z każdym kolejnym metrem było wrażenie, że najgorsze mamy już za sobą.

Mniej więcej na wysokości Strzechy Akademickiej wiatr w końcu trochę odpuścił. Nie zniknął całkiem, ale przestał już próbować przewracać człowieka przy każdym mocniejszym podmuchu.

I właśnie tam spotkaliśmy kolejne koty.

Szlak między Domem Śląskim a Strzechą Akademicką zimą
Whitout na równinie z Domu Śląskiego w kierunku Strzechy Akademickiej

Koty Strzechy Akademickiej

Te były zupełnie inne niż te spotkane wcześniej. Ani czarne, ani rude.

To były prawdziwe karkonoskie koty.

Jeden z nich – trójkolorowy, natychmiast zaczął domagać się głaskania. Tarzał się w śniegu, wystawiał brzuch i ocierał o nogi tak, jakbyśmy byli starymi znajomymi, a nie ludźmi, których zobaczył pierwszy raz w życiu.

Wyglądało to trochę absurdalnie.

My staliśmy tam przemarznięci, z twarzami schowanymi w kapturach, goglach, kurtki sztywne od lodu, rękawice mokre od śniegu i wiatru… a obok nas kot, który najwyraźniej uznał, że to idealny moment na relaks.

W pewnym momencie po prostu położył się na plecach w śniegu, rozciągnął łapy i wyglądał jakby właśnie korzystał z zimowego spa.

Dla niego ta pogoda była idealna.

Ale ten kot był inny, nie wyglądał, jakby nas oceniał. Bardziej jakby mówił:

„Piąteczka, górskie człowieki! Zajebista pogoda, prawda?”

Co ciekawe, wcale się nie spieszył. Chodził spokojnie po ścieżce, podchodził do ludzi, dawał się pogłaskać, a potem znowu maszerował dalej, jakby patrolował swój teren, sprawdzając, czy każdy turysta pamięta o obowiązkowej dawce głasków.

I patrząc na to wszystko, można było dojść do jednego wniosku.

My byliśmy tam tylko gośćmi.

A on był u siebie.

Karkonoski kot przy schronisku Dom Śląski pod Śnieżką zimą
Wygląda na to, że dla niektórych mieszkańców Karkonoszy taka zima to po prostu idealne miejsce na drzemkę.

Samotnia – najpiękniejsze schronisko w Karkonoszach

Niżej zeszliśmy do Samotni. To jedno z najbardziej charakterystycznych schronisk w polskich górach – małe, kameralne i pięknie położone nad Małym Stawem.

Znowu było mało ludzi, czyli dokładnie tak, jak lubimy.

Cisza.
Spokój.
Herbata.

Co ciekawe – Samotnia też ma swojego kota. Ale jego akurat nie spotkaliśmy. Pewnie gdzieś spał i miał więcej rozsądku niż my.

Jeszcze przed wyjściem przypomniałem sobie o jednej rzeczy.

Rękawiczce.

Podczas naszego pierwszego wejścia na Śnieżkę jedna z nich została gdzieś właśnie tutaj, w okolicach Samotni. W Karpaczu kupiłem potem nowe i pół żartem mówiłem, że może kiedyś jeszcze będzie okazja wrócić i jej poszukać.

No i proszę.

Okazja się trafiła.

Rozejrzałem się chwilę po schronisku.

Rękawiczka była.

Ale inna.

No trudno.

Historia pary rękawiczek oficjalnie dobiegła końca.

Schronisko Samotnia w Karkonoszach zimą podczas mgły
Widok na Samotnię w typowej karkonoskiej pogodzie – śnieg, mgła i bardzo ograniczona widoczność.

Ostatnie zejście do Karpacza

Reszta drogi minęła już spokojnie. Im niżej schodziliśmy, tym bardziej zmieniała się pogoda. Śnieg powoli znikał, a wiatr w końcu odpuszczał, jakby uznał, że już wystarczająco się dziś nami pobawił.

Szlak robił się coraz łatwiejszy. Tam, gdzie jeszcze wyżej trzeba było przebijać się przez zaspy i walczyć z podmuchami wiatru, tutaj zostawała już tylko spokojna droga w dół.

To było nasze ostatnie zejście w górach podczas tego wyjazdu do Karpacza.

Trochę szkoda.

Bo cztery dni w Karkonoszach minęły zdecydowanie za szybko.

Gdzieś po drodze odruchowo odwróciliśmy się jeszcze w stronę Śnieżki. W tej mgle właściwie i tak nie było jej widać, ale spojrzeliśmy w tamtą stronę i powiedzieliśmy tylko jedno:

Do zobaczenia.

Bo jedno było pewne – jeszcze się spotkamy.


Puenta

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że w Karkonoszach rządzą koty.

Pojawiają się nagle na szlaku. Siedzą przy schroniskach. Patrzą na turystów takim wzrokiem, jakby wiedziały coś, czego my jeszcze nie wiemy.

Może wiedzą jedno – że czasem najrozsądniejszą decyzją w górach jest zawrócić…

Ale wiedzą też coś jeszcze.

Że nawet kiedy człowiek zawraca, to i tak za jakiś czas wróci.

Bo góry działają trochę jak koty.

Najpierw patrzą na ciebie z dystansem. Potem pozwalają podejść trochę bliżej. A na końcu cię osyczą, podrapią i wrócą do swoich zajęć.

Tym razem Śnieżka zimą wygrała.


PS

Patrząc na to wszystko, można było odnieść wrażenie, że tego dnia tylko dwie istoty w całych Karkonoszach naprawdę cieszyły się z tej pogody.

Kot ze Strzechy Akademickiej i ten mały piesek ze stacji wyciągu. 🐈🐕

Kot spacerujący po śniegu przy schronisku Strzecha Akademicka w Karkonoszach
Spotkanie na szlaku w okolicach Strzechy Akademickiej.
Czy ciężko było zawrócić ze szczytu wiedząc, że to już tak blisko?

Tak, nawet bardzo. Kiedy widzisz, że do szczytu zostało już niewiele metrów, w głowie pojawia się myśl, żeby spróbować jeszcze kawałek. W górach jednak najważniejsze jest podejmowanie rozsądnych decyzji. Czasem najlepszą z nich jest właśnie zawrócić.

Czy żałujemy, że zawróciliśmy?

Nie. W górach najważniejsze nie jest wejście na szczyt, ale bezpieczne zejście w dół. Dzięki temu, że odpuściliśmy w odpowiednim momencie, możemy tam jeszcze wrócić. W takich warunkach granica między spokojnym zejściem a poważnym wypadkiem potrafi być naprawdę bardzo cienka.

Czy warto próbować wejścia na Śnieżkę zimą?

Zdecydowanie tak, ale tylko przy odpowiednich warunkach i z dobrym przygotowaniem. Zimą pogoda w Karkonoszach potrafi zmienić się bardzo szybko – silny wiatr, mgła i śnieg to tutaj normalność. Warto mieć odpowiedni sprzęt, sprawdzać prognozy i pamiętać, że góry nigdzie nie uciekną.

Czy warunki ktore zastaliśmy były bezpieczne?

Naszym zdaniem nie, mocne podmuchy wiatru, słaba widoczność brak innych ludzi na zakosach. To wszytsko składało się w przepis na wypadek.




Galeria zdjęć

Może Ci się spodobać

1 komentarz do “Śnieżka zimą z Kopy – drugie podejście, whiteout i karkonoskie koty”

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry