Szlak na Szrenicę zimą od Wodospadu Kamieńczyka
Są miejsca w górach, które zapamiętuje się przez widoki.
I są takie, które zapamiętuje się przez zmęczenie.
Mokra Przełęcz należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Nasza zimowa wycieczka na Szrenicę zaczęła się dość klasycznie. Deszcz. I to nie taki romantyczny górski kapuśniaczek, tylko normalne, uczciwe padanie.
Ruszyliśmy od Wodospadu Kamieńczyka i od samego początku było wiadomo, że łatwo nie będzie.
To był kolejny dzień naszego zimowego pobytu w Karkonoszach. Dzień wcześniej zdążyliśmy już zajrzeć na Karpatkę w Karpaczu i spróbować swoich sił podczas zimowego wejścia na Śnieżkę, więc wydawało się, że jesteśmy już całkiem nieźle rozgrzani.
Szrenica miała być spokojniejszym spacerem.
Jak się później okazało – nie do końca.
Samochód zaparkowaliśmy na innym parkingu niż pokazany na mapie wyżej. Dzięki temu troszkę skróciła się wycieczka. Dzień wcześniej wysłaliśmy do parkingu sms, że będziemy z samego rana i opłatę uregulujemy na wyjeździe, nie było żadnego problemu. Bardzo mili ludzie
Szlak na Szrenicę od Wodospadu Kamieńczyka
Pierwszą połowę drogi spędziłem słuchając narzekania, że pada, że wszystko mokre i że może jednak trzeba było zostać jak ludzie w pensjonacie.
Ja w sumie też nie byłem zachwycony, ale ktoś przecież musi w takich sytuacjach udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Cały czas pod górę.
Cały czas mokro.
Widoków brak.
Szlak w stronę Hali Szrenickiej dłużył się niemiłosiernie. Człowiek idzie, kaptur na głowie, patrzy pod nogi i zaczyna się zastanawiać, czy to był na pewno dobry pomysł.
Z braku widoków i atrakcji zaczęliśmy rozmyślać nad sprawami zupełnie losowymi. Na przykład dlaczego woda w górskich potokach prawie zawsze ma taki lekko brązowy kolor.
I wtedy pojawiło się pytanie, którego chyba lepiej nie zadawać w połowie drogi do schroniska:
co właściwie schroniska robią z szambem?
Przez chwilę szliśmy w ciszy, bo wyobraźnia zaczęła pracować trochę za szybko, a kropki zaczęły łączyć się w bardzo niepokojący sposób.
Po chwili jednak uznaliśmy, że to jedna z tych teorii, które najlepiej zostawić w spokoju i po prostu iść dalej.
Spokojnie – to tylko rozmyślania znudzonych wędrowców w deszczu. Schroniska w Karkonoszach mają swoje oczyszczalnie.

Schronisko na Hali Szrenickiej
Po jakimś czasie w końcu dotarliśmy do Schroniska na Hali Szrenickiej.
I jak to zwykle w schronisku bywa – nagle wszystko staje się trochę lepsze.
Szarlotka.
Ciepło.
Można chwilę wyschnąć.
I wtedy dopiero było widać, jak bardzo przydały się nasze przeciwdeszczówki.
Do schroniska wchodzili kolejni turyści kompletnie przemoczeni. Kurtki kapały, spodnie mokre, niektórzy wyglądali jakby dopiero co wyszli z wanny.
Na podłodze zaczynała robić się mała kałuża z topniejącego śniegu i wody z ubrań.
My w tym czasie zdjęliśmy tylko przeciwdeszczówki i w zasadzie byliśmy już prawie sucho ubrani.
To jest dokładnie ten moment, kiedy docenia się ten cienki kawałek materiału z Decathlona, który przez większość czasu leży gdzieś na dnie plecaka i wydaje się kompletnie niepotrzebny.
A potem nagle okazuje się jedną z najlepszych rzeczy jakie się ze sobą zabrało.

Kot ze schroniska na Hali Szrenickiej
No i był jeszcze gospodarz miejsca.
Rudy kot z charakterystyczną muchą pod brodą.
Nie wiem czy to oficjalny pracownik schroniska, czy po prostu ktoś kiedyś przyszedł i już został, ale ewidentnie czuł się tam jak u siebie.
Podszedł do naszego stołu, usiadł obok i przez chwilę patrzył na nas z miną, która jasno sugerowała, że ocenia nasze decyzje życiowe.
Spojrzenie mniej więcej w stylu:
„Durne człowieki… w deszczu i zimą łazicie po dworze?”
Kot wyglądał na stworzenie, które dokładnie rozumie sens życia. Ciepło, jedzenie i brak chodzenia po górach w deszczu.
Po krótkiej chwili analizowania naszej inteligencji uznał chyba, że nie ma sensu dalej tracić czasu.
Powoli przeciągnął się, odwrócił i spokojnym krokiem udał się w stronę kuchni.
Najwyraźniej uznał, że tam znajdują się sprawy znacznie ważniejsze niż obserwowanie przemoczonych turystów.
Nie wykluczam, że miał rację.

Szrenica zimą – mgła i brak widoków
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w stronę Szrenicy.
Widoki były… piękne.
Nic nie było widać.
Mgła 100%.
Człowiek stoi na górze i ma świadomość, że gdzieś dookoła powinny być Karkonosze, ale wszystko wygląda jak jedna wielka mleczna ściana.
W takich momentach zawsze pojawia się ta myśl:
Na zdjęciach w internecie wyglądało to trochę inaczej.
Pierwotny plan był ambitniejszy.
Chcieliśmy iść dalej w stronę Śnieżnych Kotłów i Wielkiego Szyszaka, a potem zejść przez Mokrą Przełęcz do Schroniska pod Łabskim Szczytem.
Na rozwidleniu szlaków spojrzeliśmy jednak na siebie i doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu pchać się dalej skoro i tak nic nie widać.
Plan został uproszczony.
Szyszak i Kotły odpuściliśmy.
Została Mokra Przełęcz.
I tu zaczęła się część wycieczki, której szczerze mówiąc nie znoszę.

Mokra Przełęcz zimą – najcięższy fragment trasy
Na szlaku było już czuć odwilż. Śniegu było bardzo dużo, ale był ciężki i zapadający się.
Co chwilę wpadaliśmy w niego po kolana.
Brodzenie w śniegu to jest taki typ wysiłku, który bardzo szybko wyciąga z człowieka całą energię.
Idziesz dwa kroki.
Zapadasz się.
Wyciągasz nogę.
Powtarzasz.
I tak przez kolejne kilkaset metrów.
Po którymś takim zapadnięciu się w śnieg stwierdziłem pół żartem, pół serio:
Dobra. Ja zostaję tutaj.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co w górach zdarza się czasami w idealnym momencie.
W połowie drogi mgła zaczęła się rozchodzić.
Jakby w nagrodę za całe to brodzenie w śniegu.
Nagle pojawiły się widoki i krajobraz zrobił się naprawdę piękny.
W takich momentach człowiek bardzo szybko zapomina, że jeszcze chwilę wcześniej miał wszystkiego dosyć.

Schronisko pod Łabskim Szczytem i powrót
W końcu dotarliśmy do Schroniska pod Łabskim Szczytem.
A tam klasyka górskich schronisk.
Zupa pomidorowa.
Po takiej trasie smakuje zdecydowanie lepiej niż gdziekolwiek indziej.
Po krótkim odpoczynku zostało już tylko zejście.
Kilka kilometrów w dół, po drodze przecięcie kilku nartostrad.
I tutaj mała uwaga — trzeba naprawdę uważać na narciarzy, bo potrafią pojawić się bardzo szybko i zdecydowanie szybciej niż pieszy turysta jest w stanie zareagować.
Po jakimś czasie byliśmy z powrotem na parkingu.

Szrenica zimą potrafi być wymagająca, ale przy dobrej pogodzie oferuje jedne z najładniejszych widoków w całych Karkonoszach.
PS: Kot 🐈 miał rację.
Trzeba było zostać w domu!
Wejście na Szrenicę od Wodospadu Kamieńczyka zajmuje zwykle około 2–3 godzin. Cała trasa z zejściem przez Mokrą Przełęcz i Schronisko pod Łabskim Szczytem to około 5–6 godzin marszu, w zależności od warunków i liczby przerw
Szlak na Szrenicę zimą nie jest technicznie trudny, ale przy dużej ilości śniegu potrafi być wymagający. Najtrudniejszym fragmentem bywa odcinek w okolicach Mokrej Przełęczy, gdzie śnieg potrafi zapadać się nawet po kolana
W zimowych warunkach raczki są obowiązkowe. Na oblodzonych fragmentach szlaku mogą znacząco poprawić bezpieczeństwo i komfort marszu.
Tak. Na trasie znajdują się pare schronisk. Schronisko na Hali Szrenickiej na Szrenicy oraz Schronisko pod Łabskim Szczytem. To dobre miejsca na odpoczynek i ciepły posiłek podczas wędrówki.
Szrenica zimą ma zupełnie inny klimat niż latem. Przy dobrej pogodzie można zobaczyć rozległe panoramy Karkonoszy, a przy gorszej poczuć prawdziwy surowy charakter gór.


























